Dzieło Biblijne

Email Drukuj

Sławomir Zatwardnicki

 Wszyscy zgrzeszyli a Niepokalane poczęcie

Jak można pogodzić niepokalane poczęcie ze stwierdzeniem Pawła, który mówi, że wszyscy zgrzeszyli?

Czy „wszyscy” oznacza „wszyscy bez wyjątku”?

Jeśli „wszyscy zgrzeszyli”, to należałoby bardzo ostrożnie formułować wnioski z prywatnej lektury Pisma Świętego, żeby grzech, któremu podlegamy „wszyscy”, nie skaził interpretacji. Najlepiej byłoby się odwołać do jedynego pewnego objaśnienia, czyli eklezjalnego, bo przecież Pismo zostało dane konkretnej, bo z woli Pana pochodzącej, wspólnocie wierzących, cóż jeśli jednak tak się składa, że zwolennicy literalnej egzegezy pozostają na bakier z Kościołem? Nic dziwnego, że również na bakier – bez wyjątku wszyscy – czytają księgi natchnione…

Zacznijmy od zdroworozsądkowego ostrzału – tra-ta-ta – skierowanego w stronę tych, którzy jednym strzałem w tył aureoli (nieuczciwa egzegeza, literalna i antyeklezjalna) Matki Pana chcieli pozbawić Ją świętości. Otóż zauważmy najpierw, że autorzy natchnieni to jednak żywi ludzie, którzy w pełen życia sposób próbują przekazać pewną życiowo i śmiertelnie ważną prawdę niekoniecznie wydestylowaną językowo jak w naukowych i naukawych podręcznikach teologii przystoi. Jeśli taki z krwi i kości autor pisze „wszyscy”, nie oznacza to, że przebiegł całą ziemię, by sprawdzić, czy rzeczywiście wszyscy, i z całą pewnością nie udało mu się odbyć podróży w czasie, by zweryfikować, czy również wszyscy żyjący w przeszłości i przyszłości; używa tego słowa w innym znaczeniu. Można zresztą mnożyć jak serie z Kałasznikowa przykłady, w których użyto tego samego słowa (wszyscy – ??????), które wykorzystał św. Paweł, choć wcale nie miało ono znaczyć, że „wszyscy” równa się „wszyscy bez wyjątku”.

Oto do Jezusa zbliżali się wszyscy grzesznicy i celnicy (Łk 15,1), a przecież nie jest prawdą, że nie było takich grzeszników i celników, którzy by się do Niego nie zbliżali. Do Szymona Maga też nie lgnęli przecież wszyscy, choć autor natchniony „kłamie”, że jednak nie było wyjątków (Dz 8,10). „Kłamie” również sam Jezus – niech zadrżą fundamentaliści biblijni, bowiem będą musieli jakoś wytłumaczyć sobie (innym nie muszą) ten fakt – gdy powiada, że wszyscy poznają (a jak wszyscy, to wszyscy – nie ma żadnych wyjątków!) uczniów Pana po tym, że się wzajemnie miłują (J 13,35). Jeśli chodzi o wyjątki, to zdaje się, że jeśli nie chcemy popaść w sprzeczność, musimy oskarżyć o świadomie użytą literalną sprzeczność właśnie naszego Mistrza, który z jednej strony twierdzi, iż wszyscy wrzucali na ofiarę z tego, co im zbywało, a z drugiej dostrzega wyjątek ubogiej wdowy, która dała wszystko, co miała na swoje utrzymanie (Łk 21,4). Jeśli Pan przeczy sobie, to i Pawłowi wolno: najpierw pisze, że „niektórzy stali się niewierni” (Rz 3,3), aby kilka wersetów dalej cytować słowa psalmisty mówiące już nie o niektórych, ale o wszystkich: „Nie ma sprawiedliwego, nawet ani jednego, nie ma rozumnego, nie ma, kto by szukał Boga. Wszyscy zboczyli z drogi, zarazem się zepsuli, nie ma takiego, co dobrze czyni, zgoła ani jednego” (Rz 3,10-12). I tak dalej, tra-ta-ta-ta, można bawić się słowami w obronie własnej (katolików) i w obronie Maryi, kiedy niekatolicy bawią się słowami, ale nieświadomie, bo za pomocą słów tych toczą swój śmiertelnie poważny bój z katolickimi dogmatami.

To zresztą znamienne: jeśli pozostałych przykładów użycia słowa „wszyscy” nie czepiają się jak rzep psiego ogona, czemu w takim razie interesuje ich to samo słówko użyte przez Apostoła Narodów w omawianym tu kontekście powszechnej grzeszności? Odpowiedź jest prosta i skomplikowana jak egzegeza literalna, która nie może nie uwikłać się w sprzeczności nie do rozwiązania, jeśli nie otworzy się na rodzaje literackie używane przez autorów natchnionych podobnych w tym użyciu do wszystkich innych ludzi, którzy mówią w sposób żywy, a nie posługują się językiem traktatów teologicznych. Otóż po pierwsze zwykle ci, którzy odrzucają niepokalane poczęcie w oparciu o Pawłowy tekst są na tyle nieskomplikowani, że zwyczajnie nie zdają sobie sprawy z innym miejsc w Biblii, w których znalazło się to „przeklęte” słowo wszyscy, a po drugie, motywuje ich właśnie nie co innego, jak antymaryjny (czy może antykatolicki) resentyment, którego zresztą oni wszyscy („wszyscy” w rozumieniu biblijnym, nie twierdzę, że nie ma wyjątków) nie ukrywają. Kto się lubi, ten się czubi, ale kto się nie lubi, ten się czepia słówek, byle tylko potwierdziły wcześniej przyjętą tezę o grzeszności Maryi. No cóż, jeśli antypatia też jest pewną formą relacji, to nienawiść do „Maryi katolickiej” może świadczy jednak o jakiejś zaburzonej relacji z Nią.

Co tak naprawdę chciał przekazać Paweł?

Przestańmy się już jednak pastwić nad fundamentalistami biblijnymi, którzy sami sobie wystawili niepochlebne świadectwo, choć wydawało się im, że wystawiają Bogu pochlebne świadectwo, gdy bronią Go przed Maryją. Zajmijmy się raczej rzeczywistymi, a nie rzekomymi wnioskami, które płyną z nauk Pawła.

Apostoł przede wszystkim najpierw odnosi się nie do grzechu pierworodnego, ale do grzechów uczynkowych, popełnianych przez ludzi. Na jakiej podstawie mógł on jednak wydać tak bezlitosny sąd (niepomny na słowa Pana przestrzegające przez sądzeniem i potępianiem! – por. Łk 6,37) nad wszystkimi ludźmi, których tylko małą część zdążył osobiście poznać, i spośród których niemałą część stanowią niemowlaki, które jeszcze nie zdążyły chyba zgrzeszyć uczynkami? (Proszę szanownych fundamentalistów nie imputować, że widocznie Paweł oparł się na Słowie Bożym, bo w ten sposób jedyne, co zostaje potwierdzone, to przysłowie „nie oceniaj innych swoją miarą”). Wydaje się rozsądne założyć, że ten osąd stanowi wniosek z przekonania płynącego po pierwsze z wiary, że jeśli Chrystus oddał swoje życie za wszystkich ludzi, to wszyscy pomarli, a więc potrzebowali Jego łaski (por. 2Kor 5,14), a po drugie z osobistego doświadczenia przez Pawła przemiany życia dokonanej przez Zbawiciela, która to przemiana okazała się tak radykalna, że nawet dobre starania i próby oparcia się o Prawo okazały się w porównaniu z nowym życiem jedynie „śmieciami” (por. Flp 3,7-9). Innymi słowy, mamy tu do czynienia z awersem i rewersem rzeczywistości, przy czym argumentacja Pawła opiera się na sprzężonej zwrotnie argumentacji: z jednej strony, „skoro nie ma wyjątku co do gniewu Boga, to tak samo nie może być wyjątku co do daru usprawiedliwienia” (J.-N. Aletti, List do Rzymian, w: Międzynarodowy komentarz do Pisma Świętego. Komentarz katolicki i ekumeniczny na XXI wiek, red. W.R. Farmer, red. wyd. pol. W. Chrostowski, Warszawa 2001, s. 1416), z drugiej strony jeśli Chrystus jest Zbawcą wszystkich, to wszyscy potrzebowali zbawienia, ergo: wszyscy zgrzeszyli. Paweł nie zajmuje się tutaj – nawet mu to do głowy nie przyszło – sporami katolicko-protestanckimi o grzeszność-bezgrzeszność Maryi; jeśli już coś w tym temacie mówi, to tyle, że i Maryja potrzebowała zbawienia, ale przecież ta sprawa nie stanowi osi sporu, bo wszyscy chrześcijanie przyjmują oczywisty fakt, zresztą wyrażony wprost przez Matkę Pana, która wielbi w Bogu swojego Zbawcę (por. Łk 1,47).

Jest św. Paweł bardzo katolicki – a zatem bardzo niefundamentalistyczny – w swojej egzegezie Pisma Świętego. W świetle osobistych doświadczeń oraz wyznań wiary pierwotnego Kościoła próbuje dokonać nowego odczytania Starego Testamentu. A więc robi to, czego literalni egzegeci boją się jak diabeł Maryi (zapytajcie egzorcystów!); nie dopasowuje doświadczenia płynącego z wiary do litery Pisma, ale reinterpretuje Pismo i sprawdza, czy da się wpasować to nowe doświadczenie w ducha ksiąg natchnionych. Tak właśnie katolicy interpretują w świetle Pisma prawdy, które podpowiada im zmysł wiary oraz Duch Święty, który został dany Kościołowi, a w jego wspólnocie – poszczególnym wierzącym. I właśnie tak się rzeczy mają z Niepokalanym Poczęciem, podobnie jak z pokalanym życiem, którego fakt opisuje św. Paweł, aby następnie sięgnąć do autorów natchnionych, by Słowem potwierdzić ten fakt.

Apostoł cytuje starotestamentową lamentację psalmisty (por. Ps 14), czytelnik z kolei zachowałby się nieludzko i zarazem niebosko (tajemnica wcielenia, sprawy Boskie splatają się z ludzkimi jak Jezus z Maryją), gdyby z pełnej emocji lamentacji próbował wyciągać suche wnioski teologiczne. „Nie ma nikogo, kto by szukał Boga” nie oznacza przecież, że nikt nie szuka Boga, owszem wyraża raczej boleść czy żal nad chłodem w relacjach ludzi z Bogiem; jeśli już szukać w tym prawdy teologicznej, to jedynie/aż tej: bez łaski Boga nikt Go nie znajdzie, albo innymi słowami: nie znajdzie nikt łaski u Boga bez łaski Boga. Tak właśnie stało się w Jej przypadku, zgodnie ze słowami anioła: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga (Łk 1,30). I taki jest sens Listu do Rzymian: zarówno poganie żyjący bez Prawa, jak i podlegający Prawu żydzi – potrzebują zbawienia, w tym najgłębszym sensie ich sytuacja się nie różni. A więc wszyscy w ogóle ludzie potrzebują Zbawiciela, nie ma tu wyjątków czy uprzywilejowanych. Paweł mówi coś w stylu: na tę chorobę ani znachorzy, ani lekarze nic nie poradzą. Nie twierdzi przez to, że nie istnieje możliwość, że ktoś jednak umknie przed kosą, ale mówi o tym, że przypadek jest beznadziejny. Pojawił się nowotwór duchowy, którego jedynym Lekarzem jest Bóg. Przy czym rzeczywiście potrafi On usuwać nowotwór, jakby on mocno nie zajął już duszy.

Dalsza część Pawłowego wywodu (por. Rz 5,12-14) wskazuje na pewną powszechną (wrodzoną?) skłonność do zła, która nie jest tożsama z grzechami uczynkowymi (bo nie wszyscy – jednak nie wszyscy? – zgrzeszyli na wzór Adama) i którą dziś nazywamy (trochę dla ułatwienia sobie sprawy, w nadziei że coś nazwanego zostało poniekąd wyjaśnione) grzechem pierworodnym. Sam Paweł „nie skupia uwagi na grzechu pierworodnym – który nie był szczególnym przedmiotem zainteresowania międzytestamentowego judaizmu – lecz na fakcie, że wszyscy bez wyjątku znaleźli się w spirali śmierci i grzechu, która paraliżuje nasz świat” (Komentarz, s. 1424). Również z tej spirali wyzwala jedynie Chrystus, przy czym nie chodzi tu jedynie o ratunek od potępienia, ale o możliwość świętego życia z Bogiem, bo tym przecież jest właśnie zbawienie. Wracając do metaforyki medycznej: nie tyle chodzi tu o wyzwolenie z choroby, ile o zdrowie i zdrowy sposób życia. Zdrowie nie jest przecież jedynie niechorowaniem, nie definiuje się zdrowia jako wyleczenia z chorób. Prawdą a Bogiem w ogóle nie definiuje się zdrowia, bo nie da się podać takiej definicji. „Wprawdzie w naszych społeczeństwach zdrowie uważane jest za największe dobro – uważa autor ksiązki poświęconej współczesnej „religii zdrowia” –  jednak nikt dokładnie nie wie, co to takiego (…) Jest ono tajemnicą jak wszystko, co w życiu ważne” (M. Lütz, Szczęście w pigułce. Kiedy troska o zdrowie staje się chorobą, Kraków 2012, s. 28-29). Być może dlatego chrześcijanie tak łatwo ulegają pokusie traktowania zbawienia jako uwolnienia od choroby grzechu zamiast widzenia w nim przede wszystkim zdrowia z Bogiem, które pozostaje dla nich tajemnicą.

(Na marginesie: jak to możliwe, że biblijni fundamentaliści tak kurczowo trzymający się litery tam, gdzie trzeba wznieść się do ducha, potrafią w tym miejscu o literze całkiem zapomnieć, i bezdusznie potraktować niemowlęta odmawiając im zbawienia, choć przecież i one zgrzeszyły – skoro wszyscy zgrzeszyli – jeśli nie uczynkowo, to w tym drugim sensie podanym przez św. Pawła?).

Jeśli dzisiejsi chrześcijanie miewają zredukowane wizje zbawienia niestety zbyt często utożsamianego jako ratunek od piekła, to wizja św. Pawła jest iście powszechna, dotyczy wszystkich ludzi wszystkich czasów, którzy jeśli mają być zbawieni, muszą rozpocząć nowe życie w Chrystusie, bo tylko Bóg daje możliwość prowadzenia życia z Bogiem. Sięgamy więc do samych początków i do ostatecznego końca, do protologii i eschatologii. Jak Adam i Ewa jeszcze bez grzechu pierworodnego i przed popełnieniem pierwszego grzechu uczynkowego, musieli upaść w momencie, gdy zamiast na Bogu oparli się na czymś poza Nim, tak każdy z nas jest w gorszej (grzech pierworodny i „nawyk” grzeszenia spowodowany wcześniejszymi grzechami), ale jednak w istocie analogicznej sytuacji: potrzebujemy Zbawcy, by pozwolił nam prowadzić święte życie; przy czym najpierw musi On zbawić nas od grzechu.

Czy Maryja stanowi wyjątek od reguły?

W takim rozumieniu również Maryja potrzebuje zbawienia, bo w tym sensie i Ona „zgrzeszyła”, choć nie zgrzeszyła; czy pod Prawem czy bez niego – potrzebuje i Ona zbawienia, bo potrzebuje Boga, bez którego nie jest możliwe życie bezgrzeszne. Maryja w swojej naturze ludzkiej, jak wszyscy ludzie, podlegała grzechowi, ale Bóg Ją od niego uwolnił. Jak wszyscy, to wszyscy! „Gdyby nie podlegała prawu grzechu, to nie zostałaby odkupiona, niepokalane poczęcie nie miałoby wymiaru łaski i Maryja nie byłaby związana z rodzajem ludzkim” (Cz. Bartnik, Matka Boża (Biblioteka Katedry Teologii Historycznej, 1), Lublin 2012, s. 132). Jest więc Maryja jedną z nas w porządku natury, z której nie została wyzwolona; jeśli więc Bóg daje Jej prezent wyjątkowy, jest to „łaska dana osobie, nie naturze” (tamże, s. 133). Jak wyjątek, to wyjątek! Wszyscy grzeszni, a Ona nie, choć ze względu na swoje człowieczeństwo, powinna być, gdyby nie Bóg.

Co tam zresztą grzech! – nie on jest przecież najważniejszy, lecz Bóg! W takim razie trzeba raz jeszcze powiedzieć to samo, ale lepiej: nie jest możliwe życie z Bogiem bez Boga, który to życie umożliwia. Tak, również Maryja, która właśnie ze względu na zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa otrzymała specjalny przywilej. „Albowiem Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać swe miłosierdzie” (Rz 11, 32). A jeśli w życiu Matki Pana nie da się znaleźć śladu takiego nieposłuszeństwa, dowodzi to pośrednio właśnie wyjątkowej łaski, która została Jej udzielona niejako „przed czasem”. Bo już przed poczęciem Pełnego Łaski (J 1,14) nazwana zostaje Pełną Łaski (Łk 1,28), czemu nie mogą zaprzeczyć nawet – a może właśnie przede wszystkim – fundamentaliści biblijni. Choć zdaje się, że każda łaska – również ta, którą przyjmujemy my, nieposłuszni – jest udzielona zawczasu, nim przyjęliśmy świadomie Chrystusowe zbawienie, inaczej nie byłaby darem. Tym bardziej nie wolno złym okiem patrzeć na to, że On jest dobry w przypadku łaski udzielonej Jej! Czy nie wolno Mu było uczynić ze swoim, co chciał? (por. Mt 20,15).

Tym się różnią katolicy od protestantów, że nie spieszą się z odrzuceniem tez pozornie sprzecznych z Biblią (w rzeczywistości z wyrwaną z kontekstu literą czy nawet ideą), podobnie jak nie spieszą się z ich oficjalnym przyjęciem. Warto podkreślić, że w Kościele toczyły się długie i zaciekłe spory pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami niepokalanego poczęcia (pierwszych nazywano immakulistami, a drugich makulistami), przy czym nerwem polemik była właśnie trudność pogodzenia powszechności odkupienia i świętości Maryi, która nasuwała myśl o jakimś wyjątku od reguły zbawienia, którego potrzebują przecież wszyscy. Jeśli protestanci uwielbiają dialektykę, katolicy lubują się w godzeniu pozornych sprzeczności – w tym starciu gorącej miłości do Maryi i przekonania o Jej bezgrzeszności oraz nie mniej gorącej wierności Biblii i przekonania o konieczności Zbawiciela katolicy potrafili uratować i jedno, i drugie. Ale trzeba było czekać aż do przełomu XIII/XIV wieku, kiedy to franciszkanin Duns Szkot († 1308) sprecyzował język teologii na tyle, że bez uszczerbku dla wiary można było pogodzić to z tamtym. Doktor Niepokalanej, bo takim mianem go określamy, dokonał genialnego i subtelnego (właśnie, toporne nigdy nie jest genialne) rozróżnienia – dla niego doskonalszą formą zbawienia jest nie uwolnienie, ale zachowanie od grzechu. Za nim inni franciszkanie poszli „za ideą uprzedniego zachowania Maryi od wszelkiej zmazy (praeservatio)” (Cz. Bartnik, Matka Boża (Biblioteka Katedry Teologii Historycznej, 1), Lublin 2012, s. 129). Nerw polemik mógł się uspokoić, a droga do dogmatu – choć ten będzie ogłoszony dopiero w XIX wieku – została otwarta.

I na koniec warto raz jeszcze wrócić do „strzału w tył aureoli” Matki Pana, który siłą rzeczy okazuje się sięgać również aureoli Jej Syna, tak więc uprawiający bibliolatrię w swojej wojnie z katolikami oskarżanymi przez nich o mariolatrię dokonali swego rodzaju „strzału w kolano”. Bo jeśli „wszyscy zgrzeszyli”, jak chcieliby wszyscy niewolnicy litery Pisma, to czy w takim razie również Jezus miałby zgrzeszyć? Wszak był i Bogiem, i człowiekiem… W takim razie mniej myślący akatolicy niech rozważą, czy biorąc pod uwagę świętość Pana w regule „wszyscy” nie uczynił On jednak pewnej dziury, która zrelatywizowała ową powszechność na tyle, że może się znaleźć w niej miejsce i dla Maryi? A bardziej myślący akatolicy, którzy być może dostrzegą fakt, że owszem Jezus jest i Bogiem, i człowiekiem, ale przecież jedną Osobą, a w takim razie natura ludzka musiała pozostać nieskalana grzechem podobnie jak natura Boska, żeby cała Jego Osoba pozostała święta, więc niech ci akatolicy myślący odpowiedzą sobie na pytanie, czy Syn Boży w ludzkiej naturze mógł narodzić się bez grzechu, jeśli Jego Matka nie byłaby bezgrzeszna? Oto jest pytanie, oto jest pole do myślenia, którego nie wolno zamieniać na strzelnicę.

 
Dzieło Biblijne


© Copyright Słowo Biblijne 2006. All rights Reserved. Made in quaint.pl